czwartek, 23 stycznia 2014

Partie Sixième: "Zastanawiam się, czy mam się śmiać, czy płakać."

Przyjaźń poznaje się po tym, że nic nie może jej zawieść [...]
~Antoine de Saint Exupery
_________________________________________________

     Leżałam w gabinecie lekarskim i czekałam, aż Dawid przyjdzie. Wczoraj wieczorem pięć razy czytałam instrukcję obsługi testów, zanim w końcu uwierzyłam w to, że jestem w ciąży. Na początku zastanawiałam się, co zrobić, ale mój nowy znajomy obiecał, że mi pomoże. Dziękuję Bogu za to, że wtedy na niego wpadła i byłam przez moment na tyle inteligentna, żeby podać mu swój numer telefonu. Nie wiem, co bym teraz ze sobą zrobiła. Chyba zaryczała na śmierć.
     Moje smętne rozmyślania przerwało skrzypnięcie drzwi. Odwróciłam się w tamtą stronę i zobaczyłam blondyna w pełnej okazałości. Jego twarz wrażała skupienie, ponieważ przeglądał całą masę papierów, które ledwo trzymał w obydwu rękach. Rzucił nimi na biurko i popatrzył na mnie. Nie odezwał się słowem, tylko uśmiechnął do mnie, dając tym samym znak, że będziemy zaczynać. Westchnęłam zrezygnowana i podwinęłam koszulkę. Wzdrygnęłam się, gdy na mojej rozgrzanej skórze poczułam zimny żel. Nie patrzyłam na ekran. Pewnie i tak nic bym tam nie zobaczyła.
- Drugi miesiąc. – poinformował Dawid. Zacisnęłam powieki. Już dwa miesiące noszę pod sercem dziecko Karima. Zaczynam zastanawiać się, czy mam płakać, czy się śmiać. Chyba jednak to pierwsze. – W przyszłym miesiącu będę mógł ci powiedzieć, jaka płeć. Jednak na tą chwilę wiem, że rozwija się dobrze. – dodał, patrząc prosto na moją twarz.
- Pomożesz mi, na pewno? – zapytałam, zerkając w jego źrenice. Uśmiechnął się do mnie pocieszająco.
- Od wczoraj nie zmieniłem zdania. – powiedział i podał mi ręczniki, żebym się wytarła.
      Siedziałam w domu. Był już wieczór. Patrzyłam na gwiazdy i wspominałam. Wiem, że nie powinnam, ale nie potrafię inaczej. Zabijam samą  siebie od środka. Mimo to, nie mogę inaczej, po prostu nie potrafię.
      W niewielkiej kawiarence siedziała para. Dziewczyna jadła lody, a chłopak cały czas usiłował jej w tym przeszkodzić, rozśmieszając ją. Ona jednak nie poddawała się tak łatwo i dusiła w sobie szaleńczy chichot. W końcu nie wytrzymała i upaprała swojemu towarzyszowi twarz. Ten na początku nie wiedział, co się stało, ale w końcu uśmiechnął się wrednie, podszedł do dziewczyny i wziął ją na ręce, zupełnie ignorując zdziwione spojrzenia ludzi, znajdujących się w lokalu. Wyniósł ją na zewnątrz i skierował się do pobliskiego jeziora. – Teraz musisz pomóc mi to zmyć. – powiedział chłopak i wskoczył z nią do wody.
      Pamiętałam ten dzień, jakby to było wczoraj. Wtedy jeszcze nie byliśmy z Karimem parą. Jedyne, co nas łączyło, to przyjaźń. Wtedy chciałam zjeść na spokojnie lody, ale ten kretyn mi na to nie pozwalał, ponieważ stwierdził, że od tego można przytyć, a on mi na to nie pozwoli. Wkurzyłam się i wsadziłam mu łyżeczkę w twarz, za co on odwdzięczył mi się czymś jeszcze gorszym. Dwa dni się do niego nie odzywałam…
      Ta sama dziewczyna i ten sam chłopak siedzą w parku, na jednej z licznych ławek. Dziewczyna uśmiechała się szeroko, wystawiając twarz do słońca, tym samym usiłując złapać jego pierwsze, letnie promienie. Chłopak nie wyglądał na wyluzowanego, a nawet wręcz przeciwnie. Każda jego komórka ciała była tak zestresowana, że tylko cud sprawił, że jeszcze siedział, a nie leżał nieprzytomny. Chciał stamtąd uciec, ale nie chciał wypaść na tchórza. Musiał spróbować. – Jacqueline, lubisz mnie? – Zapytał. Dziewczyna odwróciła się i spojrzała na niego zdziwiona. – Oczywiście, że tak. Przecież jesteśmy przyjaciółmi. – Odpowiedziała. Chłopak spiął się jeszcze bardziej. Nic z tego nie zrozumiała. – Ale mi chodzi o to, czy mnie lubisz, czy lubisz lubisz? – Mruknął pod nosem, stając się czerwony, jak jeszcze chyba nigdy. Spuścił zażenowany wzrok na brązową ławkę. Dziewczyna podłapała, o co mu chodzi. Przybliżyła się do niego i pocałowała prosto w usta. Był zdziwiony. Nie spodziewał się takiej reakcji z jej strony. Liczył bardzie na to, że ucieknie, a podłodze jeszcze zwyzywa go od kretynów i idiotów.
    Tak, to był ten dzień, kiedy Karim zapytał mnie, czy nie chciałabym zostać jego dziewczyną. Zgodziłam się bez wahania. Byłam w nim wtedy zakochana, on chyba we mnie też. Moje smętne wspominani przerwało otwieranie drzwi. Dobrze wiedziałam, kim jest tajemniczy przybysz.
- Wróciłem. – usłyszałam od drzwi głos Dawida. Szybko otarłam samotną łzę, która nawet nie wiem, kiedy pojawiła się na moim bladym policzku. Zeskoczyłam z parapetu i udałam się prosto do kuchni, gdzie krzątał się blondwłosy mężczyzna.
- Po co ci to wszystko? – zapytałam. Stałam w drzwiach, oparta o framugę, z rękami skrzyżowanymi na wysokości klatki piersiowej, wskazując reklamówkę, po brzegi wypchaną … czymś.
- To pomarańcze, jabłka, gruszki i inne bardzo dobre owocki. – powiedział, szczerząc się do mnie, jak głupi. Wywróciłam oczami. Już wiedziałam, że zacznie się ta sama gadka, którą prawi mi odkąd dowiedziałam się, że jestem w ciąży.- Musisz … - zaczął, ale nie dane było mu skończyć, ponieważ postanowiłam skończyć za niego wykutą na pamięć regułkę.
- Tak, tak, wiem. Mam się zdrowo odżywiać dla dobra swojego, ale przede wszystkim dziecka. Od wczoraj wieczorem cały czas mi to powtarzasz, a ja za każdym razem mówią ci, że doskonale to wiem. – mruknęłam pod nosem. Podeszłam do niego i jego owocków. Wyjęłam z siatki największe jabłko i zaczęłam je jeść.
- Grzeczna dziewczynka. – pochwalił mnie blondyn. Nie wiem, jak długo z nim wytrzymam.
     Wieczorem postanowiliśmy przejść się do parku we Wrocławiu. Oczywiście cały czas się wydurnialiśmy. Ludzie omijali nas szerokim łukiem, odwracając się i patrząc, jak na parę niezrównoważonych wariatów. Jednak my po prostu mieliśmy ich w poszanowaniu. Liczyło się to, że wreszcie przestałam choć na chwilę myśleć o nim.
       Jednak po jakimś czasie musieliśmy wrócić, ponieważ uderzyłam nadgarstkiem w ławkę i rany, które zdążyły się już trochę zagoić, zaczęły krwawić. Dawid stwierdził, że nie można tego zlekceważyć i zabrał mnie do szpitala na zszycie. Fajnie, prawda?
Karim, Hiszpania, Madryt
     Siedziałem sobie przed telewizorem i skakałem po kanałach. Jakąś godzinę temu skoczył się trening, a ja nie mam pojęcia, co ze sobą zrobić. Obracałem w dłoniach telefon. W pewnym momencie usłyszałem głośne walenie w drzwi, a zaraz potem do środka wparował nie kto inny, jak Fabio Coentrao, a zaraz za nim Ramos. Tak, ta para zdecydowanie jest nierozłączna. Ja nie wiem, jak Sandra i Noela z nimi wytrzymują.
- Mi też was miło widzieć. – mruknąłem pod nosem, odwracając się po woli w ich stronę.
- Nie pierdol, tylko patrz, co mam. – wrzasnął Sergio i zaczął machać w te i z powrotem jakimś świstkiem papieru. Popatrzyłem na niego bez żadnych emocji, po czym wróciłem do mojego wcześniejszego zajęcia. – Ty naprawdę nie chcesz wiedzieć, co to jest? – zapytał zrezygnowany.
- Kawałek papieru, najprawdopodobniej zamazany. – mruknąłem obojętnie.
      W pewnym momencie usłyszałem, jak coś z całej siły wali w moje drzwi. Zerwałem się z łóżka i już chciałem pobiec, żeby otwierać, ale powstrzymał mnie Fabio. Popatrzyłem na niego, jak na wariata, kiedy moje antywłamaniowe drzwi nie przestawały zbierać solidnych ciosów.
- To Noe i San. Nie radzę. – tym razem postanowiłem posłuchać kogoś innego niż siebie. Po ostatnich wydarzeniach dobrze wiem, jak niebezpieczne są te dwie, a już szczególnie, kiedy znajdują się w tym samym pomieszczeniu.
- Tylko co one ode mnie chcą? – zapytałem, rozkładając ręce. Nie przypominam sobie, żebym ostatnio im coś zrobił. Oczywiście pomijając incydent w domu Fabio.
- Przyszły po to. – mruknął Sergi, cały czas wymachując karteczką. Popatrzyłem na niego zrezygnowany, spojrzeniem sugerując, żeby wytłumaczył mi, co to do jasnej cholery jest, że te dwie gotowe są za to zabić? – Numer! Do twojej Jacqueline! – podbiegłem do stopera i niemalże wyrwałem mu przedmiot z dłoni. Zacząłem wklepywać numer w telefon. Zawahałem się chwilę. Czerwona czy zielona?
- Poczekaj, musisz jeszcze coś wiedzieć. – przerwał moje rozmyślania Sergio. Popatrzyłem na niego, wyrażając wzrokiem, że ma się pospieszyć. – Daj laptopa. – powiedział, a ja westchnąłem zrezygnowany. Nic jednak nie powiedziałem, tylko zniosłem z góry komputer i podałem im. Kazali mi usiąść. Tak też zrobiłem. Pogrzebali cos chwilę w Internecie, po czym podali mi sprzęt. To, co zobaczyłem sprawiło, że nie wiedziałem, czym mam się śmiać, a może raczej płakać. Chyba jednak skłaniam się do tego drugiego.
Jacqueline, Wrocław, Polska
     Przeglądałam witryny internetowe, kiedy natrafiłam na artykuł ze sobą w roli głównej. Od razu go otworzyłam. Każde następne zdanie trafiało prosto w moje serce i powodowało łzy na policzkach. Dobra, byłam przyzwyczajona do tego, że było o mnie głośno w mediach. Krytykowali mój ubiór, jechali po tym, jak Karim musiał trzy dni dobijać się do mojego mieszkania w Lyonie, pewnego pięknego wieczoru. Jednak jeszcze nigdy nie dostałam aż takich batów. Po prostu zmieszali mnie z błotem.

A jednak to prawda!!!
Niejaka Jacqueline Renan (23 l.), która do niedawna pozostawała narzeczoną Karima Benzemy (25 l.), ostatnio została przyłapana w parku z przystojnym blondynem. W swoim towarzystwie bawili się wręcz niesamowicie i dopiero niewielki wypadek sprawił, że musieli przerwać czas, spędzony wspólnie.
Jednak nie to będzie dzisiaj głównym tematem naszego artykułu. Niedawno, Karim zapytany o to, dlaczego rozstał się z narzeczoną, odpowiedział prosto i zwięźle. „Zdradziła mnie”. Nikt nie spodziewał się tego po niej, ale cóż. Widocznie popularność, jaką dał jej związek z piłkarzem sprawiła, że poczuła się zbyt pewna siebie.
Zeznania Karima potwierdzają poniższe zdjęcia, które udało się zrobić naszemu fotoreporterowi. Pozostaje tylko jedno pytanie. Jacqueline, dlaczego?

     Już chyba po raz setny czytałam ten sam fragment i dalej nie mogłam uwierzyć w to, co widzę. Zamknęłam oczy i trzasnęłam klapą od laptopa, nie zważając na to, że mogę ją w ten sposób zniszczyć. Musiałam jak najszybciej wyładować jakoś swoją złość. Pierwszym, co rzuciło mi się w oczy, był mój telefon. Wzięłam go do ręki i rzuciłam nim z całej siły o ścianę. Usłyszałam tylko trzask, oznajmiający że aparat rozleciał się na kilkaset kawałków. Nie obchodziło mnie to teraz.
      Poderwałam się z krzesła obrotowego, co nie było najlepszym posunięciem. Poczułam, jak w podbrzuszu zaczyna ściskać mnie jakaś niewidzialna siła, co powodowało niesamowity ból. Pociemniało mi w oczach, a kolana ugięły się pod moim własnym ciężarem. Oddech znacznie przyspieszył, wydawało mi się, że nie mogę złapać oddechu. Zaczęłam ciężko dyszeć i opadłam na kolana, opierając się jedną ręką o obrotowy fotel, który dzięki Bogu nie odjechał, kiedy z niego wstałam. Obraz coraz bardziej zaczynał stawać się niewyraźny, aż w końcu nic nie widziałam. Ręce nie dały rady utrzymać mnie w pozycji klęczącej, co sprawiło, że opadłam jeszcze niżej, opierając się dłońmi o podłogę. Usłyszałam, jak ktoś chodzi do mojego mieszkania, ale nie byłam w stanie wydać z siebie żadnego dźwięku, poza przeciągłym jęknięciem. Później nie było już zupełnie nic, zemdlałam.
Dawid, Wrocław, Polska
     Wszedłem do mieszkania Jacqueline, zaniepokojony tym, co zobaczyłem na Internecie. Jeżeli ona to przeczyta i zacznie się tym przejmować, może być niezaciekanie. Usłyszałem niezidentyfikowany dźwięk, a raczej coś, jakby jęk spowodowany bólem. Natychmiast pokierowałem się tam, skąd on pochodził. Znalazłem Jacqueline, leżącą na podłodze. Jednak się spóźniłem!
    Od razu zacząłem mierzyć jej puls, drugą ręką wyszukałem numeru pogotowia i czekałem, aż mój znajomy odezwie się po drugiej stronie. Musiałem działać szybko, żeby Jacq nie straciła swojego maleństwa.
- Pogotowie rat … - zaczął głos po drugiej stronie, ale od razu weszłam w słowo.
- Damian, przyślij mi jak najszybciej karetkę na Wrocławską 19. – powiedziałem, lekko podniesionym z emocji głosem.
Karim, Madryt, Hiszpania

      To wszystko przeze mnie. Chodzi mi o ten pieprzony artykuł, w którym piszą o Jacqueline, jak o dziwce. Dlaczego ja wtedy w tym wywiadzie powiedziałem, że to ona mnie zdradza? Boże, jaki ze mnie jest kretyn! I teraz jeszcze chcę do niej zadzwonić, jak gdyby nigdy nic? Tak, na pewno szczęśliwa odbierze telefon. Nie, nic nie zrobię. Po prostu odpuszczę i nie będę psuł jej tego szczęścia, które w tak krótkim czasie udało jej się odbudować.
~~~~~~~~~~
Po długiej walce, którą odbyłam sama ze sobą - publikuję.
Wiem, że nie jest najwyższych lotów, ale na nic więcej na razie nie jest mnie stać.
Przepraszam,
Nevada.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Partie Cinquième: "Jest po prostu zajebiście!"

Dla większości ludzi problem tkwi przede wszystkim w tym, żeby być kochanym, a nie w tym, 
by kochać, by umieć kochać.
~ Erich Fromm
___________________________________

Jacqueline, Zakopane, Polska
     Stałam sobie w korku na Zakopiance, kiedy usłyszałam pierwsze dźwięki „Hey Brother”, oznaczające że ktoś usiłuje się do mnie dodzwonić. Chwyciłam do ręki telefon i spojrzałam. Numer nieznany. No cóż, zawsze mogę zaryzykować. Nacisnęłam zieloną słuchawkę, ruszając kilka metrów do przodu.
- Słucham. – powiedziałam, kiedy przyłożyłam aparat do ucha.
- Hej. – usłyszałam niepewny głos. – My kiedyś na siebie wpadliśmy i wtedy dałaś mi swój numer telefonu. – wyjaśnił ktoś po drugiej stronie. Zaczęłam szukać w pamięci podobnego zdarzenia i nagle mnie olśniło.
- A tak, już pamiętam. – odpowiedziałam wesoło. Szczerze? Zupełnie zapomniałam.
- No to, chciałem zapytać, czy nie chciałabyś się ze mną spotkać? – słychać było, że sprawia mu wiele trudu zapytanie o to.
- Jutro o osiemnastej trzydzieści pod fontanną na starym rynku? – zaproponowałam trąbiąc na jakiegoś kolesia, który właśnie werżnął się przede mnie. Co za cham zbolały.
- Nie ma problemu. – odpowiedział. – To do zobaczenia.
- Na razie.
    Reszta drogi minęła mi w miarę spokojnie. Do Wrocławia wróciłam gdzieś koło siedemnastej. Od razu poszłam do łazienki, przebrałam się w piżamę, a później spać. Nie miałam siły o niczym myśleć, więc od razu zmorzył mnie upragniony sen.
Karim, Hiszpania, Madryt
    Od pół godziny siedzimy u Fabio i czekamy, aż Noela z Sandrą wrócą z zakupów. Co znaczy my? Ronaldo, Ramos, ja, Coentrao, Casillas i Kaka. Kiedy wreszcie weszły do środka były bardzo zdziwione tym, ilu nas jest. Już chciały iść na górę, ale w ostatnim momencie drogę zastawił im Sergio i zdziwione zaprowadził do salonu po czym posadził na kanapie.
- Gdzie jest Jacqueline? – zapytałem prosto z mostu. Noela zaśmiała się i popukała w czoło.
- Uważaj, bo ci powiem. – zakpiła i usiłowała się podnieść, ale Cristiano powstrzymał ją od tego.
- Mamy czas. – zaśmiał się Kaka. Obrażona dziewczyna splotła ramiona na wysokości piersi. Nic im nie powie!!
Jacqueline, Polska, Wrocław
    Rano obudziłam się cała obolała. Niechętnie zeszłam z łóżka i poczłapałam do łazienki. Czeka mnie dziś wspaniały dzień w pracy. Żałuję, że nie wybłagałam przynajmniej dwóch dni wolnego. Teraz przynajmniej mogłabym sobie spać, jak normalny człowiek, zmordowany po podróży. No, ale nic. Już umyta i ubrana powlokłam się do kuchni i zrobiłam bardzo, bardzo mocną kawę. Mam cichą nadzieję, że ona mnie ocuci. Czekając, aż ekspres skończy produkować napój bogów, otworzyłam lodówkę. Światło. Właśnie tyle w niej znalazłam. No nic, zjem bułkę.
    Równo o godzinie osiemnastej wyszłam z pracy. Kiedy tylko stanęłam na świeżym powietrzu poczułam, że życie w końcu do mnie wraca. Wzięłam głęboki oddech. O tak, wrocławskie powietrze. Tego było mi trzeba. Skierowałam swoje kroki w kierunku fontanny, gdzie umówiłam się z tajemniczym nieznajomym. Usiadłam na ławce w dość widocznym miejscu i zajęłam się bawieniem telefonem.
     Nie czekałam długo, a poczułam na moich oczach chłodne dłonie, które przysłoniły mi cały świat. Moje lewe ucho obiegł ciepły oddech, który sprawił, że po plecach przebiegł mi przyjemny dreszcz. Zapach perfum od razu podział na moje nozdrza. Były mocne, ale przyjemne.
- Witaj ponownie. – usłyszałam. Ściągnęłam delikatnie jego dłonie z moich oczu i odwróciłam się z uśmiechem na ustach.
- Mi ciebie również miło widzieć. – odpowiedziałam. Chłopak przeszedł na drugą stronę ławki i ukłonił się nisko, tak jak to kiedyś robili.
- Nazywam się Dawid Malinowski. Czy uczyni mi pani tę przyjemność i zje ze mną późny obiad w jednej z tutejszych restauracji? – zapytał, podnosząc jedynie głowę i patrząc na mnie wyczekująco.
- Z wielka przyjemnością. – odpowiedziałam i podeszłam do niego. – A tak na marginesie, to nazywam się Jacqueline Renan, oczywiście, jakby cię to obchodziło. – zaśmiałam się.
    Dzisiejszy wieczór minął mi bardzo przyjemnie. Spędziłam go w całości w towarzystwie Dawida. Mieliśmy wiele wspólnych tematów. Posiłek również był dobry, jednak jedzenie dzisiaj spadło na drugi plan. Liczyło się tylko nasze wzajemne towarzystwo. Nie czułam się tak wspaniale już dawno. Tak właściwie to od momentu przeprowadzki do Madrytu. W Lyonie Karim był wspaniałym narzeczonym, dopiero w Hiszpanii pokazał siebie prawdziwego. Smutne, ale prawdziwe. No trudno, ja już nie będę płakać. Powiedziałam o wszystkim mojemu nowemu znajomemu. To on pokazał mi dzisiaj, że nie warto się przejmować. Czy właśnie zaczynam zapominać o pewnym gorącym Francuzie? Oby, już najwyższa pora.
Karim, Hiszpania, Madryt
    Siedzimy z chłopakami, którzy byli w domu Fabio, u mnie. Każdy w dłoni dzierży lód i przykłada do obolałego miejsca. Tak, Sandrze i Noeli w końcu się znudziło, a uwierzcie mi, jak te dwie są wściekłe, to nie jest za ciekawie. To to chyba nigdy siły nie traci. Może opowiem wam o krótce, jak każdy wygląda.
    Najbardziej oberwało biedne Ramosiątko, które stało naprzeciw swojej własnej żony. Dostał takiego kopniaka w to miejsce, że jeszcze, po dwóch godzinach, nie jest w stanie się wyprostować. Leży, więc na dywanie i zwija się w bólach. Fabio ma podbite oko na wskutek bliższego spotkania pięści z nim. Ronaldo siedzi w kiblu i cały czas oddaje swoje wnętrzności. Tak, nie mylicie się. Kopniak w brzuch, to nic przyjemnego. Kaka natomiast ma rozdrapany policzek. Noela powinna w końcu obciąć szpony. Biednemu Casillasowi cały czas dzwoni w głowie. Nie ma to, jak odbić się łbem od podłogi. A ja sam przyciskam lód do nosa, który w niewyjaśnionych okolicznościach został rozwalony i krew leci z niego ciurkiem.
- Umarłem, czy jeszcze żyje? – wyjąkał Sergio, usiłując przekręcić się na drugą stronę. I tak nic z tego mu nie wyszło.
- Sory starym próbowaliśmy, ale jak widzisz prawie ponieśliśmy straty w ludziach. – jęknął Fabio, odchylając głowę do tyłu. Mruknąłem coś pod nosem, sam nie wiem, co.
- Ja was wszystkich kocham ludzie, ale błagam. Zamknijcie japy, bo jak babcie kocham będziecie dzisiaj leżeć w grobach. – uprzejmie poprosił Iker, chowając głowę w kolanach. Jest zajebiście.
Jacqueline, Polska, Wrocław
   Obudziłam się rano, ale to jest właśnie jeden z tych dni, kiedy wolałabym umrzeć. Brzuch mnie boli, a pół nocy spędziłam z głowa w klozecie, pozbywając się wszystkiego, co mam w środku i słuchając szumu morskich fal, zaglądając w odpływ. Genialnie, co nie? Jednak najdziwniejsze jest to, że nie przypominam sobie, żebym zjadła coś, co mogłoby mi zaszkodzić. Już miałam nacisnąć klamkę, żeby opuścić pomieszczenie, ale w ostatnim momencie rzuciłam torebką w kąt i pobiegłam do łazienki. O tak, właśnie takiego dnia potrzeba mi było do szczęścia.
    Jakoś dowlekłam się do pracy. Wszystkie dziewczyny od razu widziały, że cos jest nie tak. Oczywiście wybłagałam u Weroniki, żeby przyjęła mnie dziś na zmywak. Nie chciałbym, żeby restauracja przestała pracować, bo zarzygałabym ją. W pewnym momencie zauważyłam znajomą twarz w drzwiach do kuchni. Dawid stał tam w całej swojej okazałości i rozmawia z szefem. No nic, ja nie podejdę, ale on kiedy mnie zauważył, a i owszem.
- Jacqueline, co ty tutaj robisz? – zapytał, patrząc na mnie zdziwiony.
- Aktualnie myje talerze. – powiedziałam i zaczęłam machać mu jednym przed oczami.
- Przecież wujek powiedział, że jesteś kelnerką. – mruknął pod nosem, podnosząc jedna brew.
- Wujek? – powtórzyłam zdziwiona.
- No tak, mój wujek jest właścicielem hotelu i restauracji jednocześnie. – wytłumaczył. – Dlatego teraz mogę cię porwać z pracy. – posłał w moim kierunku uśmiech, od którego nie jednej dziewczynie miękną nogi. 
     Siedzieliśmy u mnie w domu. Zdążyłam wytłumaczyć Dawidowi, dlaczego jestem, jak on to tak ładnie ujął, „biała, jak psie gówno”. Fajnie, no nie? Oczywiście mój stan nie poprawił się ani trochę. Mężczyzna cały czas obserwował mnie z boku i odmówił napicia się lampki wina. Dziwne, ale nie będę wnikać. Może po prostu jest abstynentem?
    Około godziny dziewiętnastej postanowił, że będzie już się zbierał. Staliśmy przy drzwiach i żegnaliśmy się, ale mój żołądek poczuł ogromną potrzebę ujrzenia światła dziennego, więc natychmiastowo znalazłam się w toalecie. Mój nowy znajomy również tam poszedł. Kiedy wreszcie mogłam normalnie rozmawiać, on postanowił pomęczyć mnie pytaniami.
- Kiedy ostatni raz miałaś okres? – zapytał ni stąd, ni z owąd. Popatrzyłam na niego oczami, jak pięciozłotówki. Po co mu taka informacja?
- Nie wiem, dawno temu. – mruknęłam pod nosem.
- A wcześniej miałaś regularnie, czy nie bardzo? – zadał kolejne pytanie.
- Raczej regularnie. – wzruszyłam ramionami. Dawid mruknął pod nosem ciche „zaraz wracam”, a później zniknął za drzwiami, na co wskazywało ich skrzypnięcie.
    Zaczęłam mocno myśleć nad tym, do czego on mógł zmierzać. Jaki normalny chłopak pyta się dziewczyny przy drugim spotkaniu, kiedy ostatni raz miała okres? Jak jakiś … ginekolog. Zaraz, chwila, moment. Czy on właśnie sugerował, że ja? Nie, przecież to nie możliwe! Ale … nie, nie ma żadnego „ale”!
Karim, Hiszpania, Madryt
   Siedzę sobie spokojnie w domu razem z Fabio i gramy w Fife, aż tu nagle słyszę dzwonek do drzwi. Zwlokłem się niechętnie z kanapy i powędrowałem do drzwi, zastanawiając się, kto to taki może przychodzić niezapowiedziany o osiemnastej. Wszyscy raczej dzwonią do mnie z zapowiedzią. Popatrzyłem przez wizjer, ale szybko go zasłoniłem. Nie wierząc w to, co zobaczyłem otworzyłem drzwi na oścież.
- Mamusia?! – wykrzyknąłem, widząc kobietę w podeszłym wieku, stojącą przede mną.
- A co, już nie poznajesz własnej matki? – zapytała, uśmiechając się szeroko i zaczęła mnie przytulać.
    Po szybkim, pięciominutowym przywitaniu, wziąłem się za zanoszenie bagaży mamy do pokoju gościnnego. Stając w drzwiach salonu coś sobie przypomniałem. Tam jest syf, jak nie wiem gdzie! Od razu rzuciłem wszystkie torby, jakie trzymałem w rękach i zacząłem kierować moją rodzicielkę w stronę kuchni. Ona nie może tego zobaczyć, bo mi nogi z tyłka powyrywa. Pognałem do chłopaków, wymachując rekami na wszystkie strony.
- A temu, co mowę odebrało? – zapytał Sergio, patrząc na mnie dziwnie. Tak, wszyscy zdążyliśmy już dojść jakoś do siebie. Tylko Iker stwierdził, że musi się natychmiast położyć spać i pojechał do domu.
- Mama. Kuchnia. Sprzątać tu! – zacząłem wyrzucać z siebie pojedyncze wyrazy. Te ciołki jednak chyba nie zrozumiały, o co mi chodzi, po patrzyli na mnie w dalszym ciągu, jak na kretyna. – Do jasnej cholery, ruszać w końcu dupy i sprzątać, bo mamunia przyjechała! – wydarłem się na całe gardło, zapominając, że od kuchni dzieli mnie tylko kilka kroków. Poczułem cos ciężkiego na głowie.
- Karimku, jak ty się w ogóle wyrażasz do kolegów? – zapytała mama, mrużąc oczy. Już wiedziałem, że z tym Karimkiem będę miał jutro na treningu przerąbane. I, sądząc po ich minach, kilka następnych tygodni również.
- My się chyba będziemy zbierać, proszę pani. – powiedział Kaka. Tak człowieku, zabierz tych kretynów, zanim jeszcze czegoś się dowiedzą.
- Spokojnie, Karim Mostafa na pewno będzie chciał, żebyście jeszcze zostali. Dajcie mu tylko odtransportować moje rzeczy do pokoju, to się położę.
    I piętnaście minut później siedziałem z chłopakami z powrotem w salonie. Musiałem jeszcze tylko wytłumaczyć, czemu mam pogruchotany nos. Teraz znoszę docinki ze wszystkich stron. Niech ta banda debli już sobie pójdzie, mamo! Albo nie, nie przychodź! Śpij sobie.
Jacqueline, Polska, Wrocław
    Nie pomyliłam się. Dawid przyniósł mi test ciążowy. Moczy się on teraz w moich siuśkach, a my jak gdyby nigdy nic oglądamy jakiś bezsensowny talent show. W końcu jednak mężczyzna się podniósł i powędrował do łazienki, a ja za nim. Chwycił biały przedmiot w dłoń. Popatrzył na niego, a później na mnie. Czekałam niecierpliwie na jego odpowiedź.

- Dwie kreski. – poczułam tylko, jak świat staje się czarny, a później tracę kontrole nad własnym ciałem. Jak to możliwe. Jest po prostu zajebiście!
___________________________________________________________

Wierzcie, albo nie, ale macie tutaj trzy i pół strony moje ciężkiej pracy umysłowej. 
Myślałam, że będzie coś więcej, ale nie! Ja zawsze  muszę się przeliczyć -.-'
No nic. Pozdrawiam i życzę miłej nocy,
Nevada.

czwartek, 2 stycznia 2014

Partie Quatrième: "Czyżby to ten moment, kiedy zaczyna się wszystko wyjaśniać?"


      Po wywiadzie dla jakiejś telewizji sportowej, wróciłem wreszcie do domu. Byłem wycieńczony w każdy możliwy sposób. Rzuciłem torbą treningową w kąt i ruszyłem do łazienki. Zimny prysznic trochę mnie orzeźwił. Ubrałem bokserki i ruszyłem do kuchni po zimne piwo. Dziś w telewizji leci podobno jakaś komedia, która ma być bardzo śmieszna. No cóż i tak nie mam żadnych planów na wieczór. Stanąłem w wejściu do salonu i zamarłem. Na kanapie siedzieli Sergio i Fabio, a razem z nimi (o zgrozo!) Noela. Zlokalizowałem na fotelu jakieś dresowe spodnie. Podszedłem do nich i ubrałem je w tempie ekspresowym.
- Dzień dobry, panie Benzema. – warknęła dziewczyna, a ja wiedziałem, że nie jest dobrze. Popatrzyłem błagalnie na chłopaków, ale oni zdawali się nie słyszeć moich niemych błagań o pomoc. – Boi się pan? To bardzo dobrze, bo istnieje duża możliwość, że urwę panu za chwilę jaja. – mruknęła pod nosem i podniosła się z kanapy, a ja panicznie zacząłem myśleć, co mogę zrobić. – Teraz mnie pan posłucha. – Z każdym krokiem niebezpiecznie się do mnie zbliżała. – Jest pan skończonym chamem, żeby nie określić tego mocniej. Nie umiał pan docenić skarbu, jakim była Jacqueline. Nie dość, że niszczył jej pan życie, kiedy była tutaj, to teraz miał pan czelność zrobić z niej dziwkę na oczach kilku milionów ludzi na całym świecie! – ostatnie zdanie wykrzyczała mi prosto w twarz. Była zła, a ja odcięty od drogi ucieczki przez ścianę, którą miałem za plecami. – Teraz odszczeka pan wszystko, co powiedział i zrobi wszystko, żeby już nigdy nic więcej sobie nie zrobiła! – kiedy zorientowała się, że powiedziała za dużo, zakryła usta ręką, a ja zacząłem gorączkowo myśleć.
- Co Jacqueline sobie zrobiła? – nie wiem, dlaczego, ale moje ciało opanował dziwny niepokój.
Jacqueline, Polska, Wrocław
     Trzy dni, które dzieliły mnie od wyjazdu z babcią do Zakopanego minęły w zastraszająco szybkim tempie. Aktualnie wyjeżdżam z garażu. Moja babcia zdążyła już usnąć na tylnych siedzeniach. I bardzo dobrze. Przynajmniej nie zmęczy się podróżą. W końcu prawie trzy godziny jazdy, to nic przyjemnego dla osoby w jej wieku.  
     Mamy godzinę czwartą rano. Wszędzie jest jeszcze ciemno. Ruch, jak na tą porę, jest całkiem spory. Mam nadzieję, że dojedziemy bez problemów. Włączyłam cicho radio i zaczęłam wsłuchiwać się w muzykę z niego płynącą. W CB jacyś mężczyźni kłócą się o to, kto komu zajechał drogę. Sypią się całkiem ciekawe słowa, ale ja ich nie będę powtarzać, nie ma najmniejszej potrzeby. Usłyszałam, jak dzwoni mój telefon. Miałam go przymocowanego na specjalnym stojaku do szyby tak, żebym ni musiała spuszczać wzroku z drogi. Bez patrzenia na ekran odebrałam.
- Jacqueline, muszę ci cos powiedzieć, tylko błagam, nie krzycz! – usłyszałam w słuchawce przerażony głos Noeli. Zaśmiałam się pod nosem i pokręciłam głową z dezaprobatą. Ta, to zawsze wali prosto z mostu.
- Mi ciebie też bardzo miło słyszeć. – powiedziałam z rozbawieniem. – Jak już cię tak wzięło, to mów. Przez telefon cię nie zabije. – dodałam, kiedy dalej się nie odzywała.
- No dobrze. – zaczęła niepewnie. – Karim wie o tym, co zrobiłaś. – kiedy tylko uświadomiłam sobie, co powiedziała, krew odpłynęła z mojej twarzy. Zjechałam na pobocze, żeby nie spowodować wypadku, bo czułam się, jakbym zaraz miała zemdleć. Wzięłam głęboki oddech. Modliłam się w duchu, żeby to był jakiś niesmaczny żart. – Jacqueline. Proszę, posłuchaj nie do końca. – jednak ja nie chciałam. Po prostu się rozłączyłam. Odczekałam chwilę, wzięłam kilka głębokich wdechów i dopiero wtedy ruszyłam. A myślałam, że Noeli mogę zaufać.
Karim, Hiszpania, Madryt
    Od godziny mamy trening. Nie jestem w stanie skupić się na niczym innym, jak na tym, że Jacqueline potrafiła zrobić sobie cos takiego. Jednak jedno pytanie cały czas obijało mi się w głowie. Czy ona tak postąpiła właśnie z mojego powodu? Przecież zawsze wydawała się być silną kobietą. Debilu! Przecież ty od jakiegoś czasu nawet nie zwracałeś na nią uwagi! W pewnym momencie poczułem, jak dostaję piłka prosto w głowę. Odwróciłem się w tamtym kierunku i zobaczyłem nienawistne spojrzenie Sergio. Matko, znowu się zaczyna.
- O, to tutaj ktoś jest! Wybacz Benzema, wydawało mi się, że w tamtym miejscu jest powietrze! – warknął i znów zaczął we mnie kopać piłkami. Starałem się ich unikać, ale nie wszystkie się udało.
- Skoro wiesz, że jednak istnieję, to mógłbyś wreszcie przestać? – zapytałem, patrząc na niego spod byka.
- Może jednak nie? – zapytał retorycznie, a ja poczułem kolejne uderzenie, tym razem prosto w zęby. – Wiesz, musi istnieć jakiś sposób, żeby wreszcie wbić ci rozum do głowy! Obiecuję, że znajdę ten sposób! – dodał i znów zaczął kopać. Wiem, że nie mam, co liczyć na pomoc z zewnątrz, więc wkurzony skierowałem swoje kroki w stronę zejścia z boiska.
- A ty Benzema gdzie? – usłyszałem warknięcie trenera.
- Jak najdalej od niego. – mruknąłem.
- Dosyć tego! Macie natychmiast udać się wszyscy, cała trójka do szatni i przedyskutować sprawę! – popatrzyliśmy z Ramosem na trenera zdziwieni, jednak żaden nie chciał się odezwać. Mou wybuchł, nikt nie będzie ryzykować. – Dla zrozumienia. Tym trzecim Jest Coentrao! Jazda mi już! – dodał głosem nieznoszącym sprzeciwu. Od razu udaliśmy się w kierunku szatni. Kiedy tylko drzwi za nami się zamknęły zaczęło się piekło.
- Ja nie będę przebywał z nim w jednym pomieszczeniu dłużej, niż sekundę! – krzyknął Ramos i zaczął zmierzać ku wyjściu. Jednak Fabio powstrzymał go w ostatnim momencie. Czyli jednak nie ma dla mnie ratunku.
- Poczekaj! Może najpierw nam się wytłumaczy, bo ostatnio Noela mu nie dała. – zaproponował. Ich spojrzenia skierowały się prosto na mnie. – Dawaj, bo mamy mało czasu. Dlaczego powiedziałeś takie kłamstwo na łamach prasowych?
- Żeby moja reputacja nie poszła się kochać. – wytłumaczyłem wzruszając ramionami. Zła odpowiedź twarz Coentrao poczerwieniała i zaczął niebezpiecznie się zbliżać.
- A pomyślałeś, że reputacja Jacqueline też mogła pójść się kochać?! – warknął i uderzył pięścią z całej siły w szafkę obok mojej głowy. Popatrzyłem na niego zdziwiony.
- Poczekaj, nie zrozumieliśmy się. – zacząłem, machając rękami. Blondyn już chciał coś powiedzieć, ale powstrzymał go Sergio, łapiąc jego ramię. Popatrzyli na mnie wyczekująco. Zebrałem pełno powietrza w płucach, żeby móc je wypuścić ze świstem. – Teraz już wiem, jakim kretynem byłem. Raniłem najpiękniejszą i najwspanialszą dziewczynę na świecie myśląc, że ona będzie to zawsze znosić. Kiedy ona sobie … - zawahałem się na moment. - … to zrobiła i wy mi o tym powiedzieliście, myślałem, że życie się dla mnie skończyło. – zakończyłem.
- Zbieramy się, jedziemy do Noeli i Sandry, i wyciągamy wszystkie informacje na temat aktualnego położenia niejakiej Jacqueline Renan. – powiedział całkiem poważnie Fabio. Popatrzyłem na niego zdziwiony. Czyżby to ten moment, kiedy wszystko zaczyna się wyjaśniać?
Jacqueline, Polska, Zakopane
   Wreszcie dojechałam na miejsce. Zaparkowałam pod ośrodkiem i wyszłam z samochodu. Zaczęłam się przeciągać. Bardzo lubię jeździć, ale to było jednak trochę długo. Otworzyłam drzwi od strony babci. Zaczęłam ją po woli budzić. Na początku stawiała niewielkie opory, ale w końcu mi się udało.
   Później wszystko poszło już szybko. Baba zameldowała się w ośrodku, zaprowadziłam ją do pokoju, życzyłam miłego pobytu i poszłam przejść się Krupówkami. Byłam tutaj już kilka razy, ale zawsze podoba mi się jeszcze bardziej. Szczególnie widok na Giewont. Jak dla mnie jest magiczny. Szczególnie, kiedy zachodzi słońce, a u jego szczytów jest lekko pomarańczowa od płomyków mgła. Bajka.
    Popatrzyłam na zegarek. Czas się zbierać. Teraz tylko kilka godzin w korkach i będę z powrotem we Wrocławiu. Nic, tylko cieszyć się, jak małe dziecko z cukierków. Kupiłam jeszcze kilka oscypków i udałam się w stronę samochodu. Witaj, drogo powrotna!
Wrocław, Polska
     Młody mężczyzna siedział nad Odrą i rozmyślał o pewnej, nieznajomej blondynce, na którą wpadł kilka dni temu. Ujrzał w jej błękitnych, niczym letnie niebo, oczach, że byłą smutna. Na długich, czarnych od tuszu rzęsach błyszczały diamentowe łzy. Na tle bladych, jak płótno policzków ukazały się dwa, całkiem spore rumieńce. Nawet nie wiedział, jak ma na imię, ale zainteresowała go. Nawet bardzo.

    Spojrzał na dłoń, w której dzierżył białą, zapisaną dziewięcioma cyframi karteczkę. Od czasu, kiedy to po raz ostatni ją widział, zastanawiał się, czy powinien napisać. Zawsze wtedy przychodził nas Odrę i wpatrywał się w jej płynącą, niebieskawo – morską wodę. Płynęła całkiem szybko i nie było jej aż nazbyt sporo. Wpisał po woli numer i nacisnął zieloną słuchawkę. 

_____________________________
No cóż ... Na koniec nie pozostało mi nic innego, jak wszystkich przeprosić. Nie wiem, co się dzieje. Kiedyś pisanie o Noeli, Fabio, Sandrze i Sergio sprawiało mi niesamowitą przyjemność. 
Teraz ta historia sprawia mi niesamowitą trudność. Każda jedna emocja jest, dla mnie, wręcz niemożliwa do opisania. Nie potrafię wskrzesić w sobie ponownie "tej iskry". 
Dwie strony w Wordzie to zdecydowanie za mało, ale obiecałam, że rozdział pojawi się 31. 12. Tak się nie stało. Za to również z całego serca was przepraszam.
Pozdrawiam,
Nevada.
P.S. Weno wróć do mnie, bo umieram.

piątek, 27 grudnia 2013

Partie Troisième: " (...) po przedramieniu zaczęła spływać mi ciepła, szkarłatna maź."

  "Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać."
~Ernest Hemingway
Dedykowane Agacie W. za pomysł. Bez niej ten rozdział by nie powstał ;)

    Siedzimy właśnie w ZOO wrocławskim i jemy obiad, składający się z frytek i ryby. Natalia, która wygrała „wojnę”, więc jest ubrana w granatowe dżinsy, bluzkę z nadrukiem oraz ciepłą bluzę, bawi się aktualnie na prowizorycznym placu zabaw. Jej blond kucyki podskakują wesoło, a buzia cały czas się śmieje.
- Cudna ci się ta córka udała. – powiedziałam do Pameli, odrywając wzrok od jej pociechy. Brunetka uśmiechnęła się pod nosem.
- Ma tylko jedną zasadniczą wadę, odziedziczoną po Damianie. Jest cały czas w ruchu i nie da się jej dogonić. – przyznała, krzywiąc się nieznacznie.
- To zupełnie tak jak ty! – zaśmiałam się, by następnie wybuchnąć gromkim śmiechem. Pam zaczerwieniła się na policzkach.
- Nie prawda - mruknęła urażona.
- To ja ci przypomnę. – zaoferowałam. – Dwie małe dziewczynki. Centrum Wrocławia. Idą na lody … - nie dane mi było skończyć, ponieważ czarnowłosa w brutalny sposób postanowiła przerwać moje wspomnienie. Zrobiłam oburzoną minę.
      Wieczorem, kiedy leżałam już w łóżku, przykryta po uszy kołdrą, naszły mnie przemyślenia. Zastanawiałam się, jak to teraz będzie. Mam nową pracę, która z resztą bardzo mi się podoba. Odzyskałam dawną przyjaciółkę. Czegóż chcieć więcej? I właśnie w tym momencie mój wzrok powędrował na biurko, gdzie leżał naszyjnik, który wczoraj znalazłam w torebce. Wspomnienia znów naparły na mnie, ale tym razem ze zdwojona siłą. Nie potrafiłam sobie z tym poradzić.
    Podniosłam się z łóżka, wzięłam łańcuszek w dłonie i zaczęłam go obserwować, a w moich oczach zabłysły słone łzy, które już po chwili zaczęły spływać, mocząc moje blade policzki. Miałam być silna, już nie płakać z jego powodu. Kierowana jakimś dziwnym impulsem zaczęłam grzebać w jednej z szuflad, znajdujących się w biurku. Tak naprawdę nie wiem, czego tam szukałam. Dopiero, kiedy moje palce zatrzymały się na jakimś pudełku, wyciągnęłam dłoń na zewnątrz i doznałam olśnienia. Okazało się, że znalazłam pudełko nieodpakowanych jeszcze żyletek.
Ból fizyczny łagodzi ból psychiczny.
    Podniosłam się z obrotowego krzesła i, z łańcuszkiem w ręce, poszłam do łazienki. Tam zamknęłam się od wewnątrz. Mimo wszystko nie chciałam, żeby babcia zobaczyła to, co chcę zrobić. Wiem, że winiłaby za to siebie, a to w żadnym razie nie jest jej wina. Rozpakował w końcu pudełko i wyjęłam jedną żyletkę. Zalśniła w świetle lampek, które świeciły się dookoła lustra. Zaczęłam obracać nią w palcach. Zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno tego chcę. Wtedy po raz kolejny spojrzałam na łańcuszek i, nie myśląc więcej, po prostu usiadłam na posadzce i oparłam się o zimną, pokrytą ciemnofioletowymi kafelkami, ścianę.
    Przejechałam po raz pierwszy po nadgarstku. Lekko zatrzęsła mi się ręka, ale nie bolało aż tak bardzo, jak mogło mi się wydawać. Przyszło mi na myśl, że to nie złagodzi mojej nadszarpniętej przez Karima psychiki. Tym razem przycisnęłam metalowy przedmiot bardziej. Zabolało, ale powstrzymałam krzyk, który cisnął mi się na usta. Nie mogę obudzić babci.
     Podniosłam się na chwilę i odszukałam w szafce za lustrem paczki chusteczek. Ten ból, który poczułam przed chwilą, to jeszcze nie było to, do czego dążę. Usiadłam z powrotem na swoje miejsce, wsadziłam chustki do ust i zacisnęłam na nich zęby. Popatrzyłam tylko na zakrwawiony nadgarstek i tym razem wbiłam w niego żyletkę z całej siły. W oczach stanęły mi łzy, a lewa dłoń zatrzęsła się z bólu. Tak, właśnie o to mi chodziło. Nie byłam w stanie myśleć o niczym innym, jak tylko o nieludzkim cierpieniu, jakie sobie właśnie sprawiłam. Zaczęłam poruszać kawałkiem metalu. Tak cholernie bolało, ale właśnie w ten sposób miało być.
    Wyjęłam przedmiot z nadgarstka po krótkiej chwili. Podniosłam rękę od góry, a po przedramieniu zaczęła spływać mi ciepła, szkarłatna maź. Obserwowałam ją z zaciekawieniem. Tak naprawdę nie wiem, dlaczego tak się nią zainteresowałam. Podniosłam się z posadzki, ale zrobiłam to za szybko, bo zakręciło mi się w głowie. A może to przez to, że straciłam całkiem sporo krwi? Nie ważne. Muszę po sobie posprzątać. Najpierw jednak obwinęłam rękę w bandaż. Nie chcę przecież umrzeć, tylko przestać cierpieć …
    Następnego dnia obudziłam się słabo wyspana. Nie chciało mi się podnosić, ale musiałam iść do pracy. No nic. Zwlekłam się z łóżka i ubrałam w służbowe ciuchy. Oczywiście nadgarstek był cały czas zawiązany bandażem z tą różnicą, że zmieniłam go na świeży, bo tamten przemókł na czerwono. Weszłam do kuchni i zaczęłam robić sobie śniadanie. Po chwili weszła babcia z jakąś kartką w rękach.
- Dzień dobry, babciu. – powiedziałam, uśmiechając się lekko.
- Cześć wnusiu. – odparła i odwzajemniła grymas na twarzy. – Coś ci się stało w rękę, skarbie? – zapytała, zerkając na mój nadgarstek. Myśl Jacqueline, myśl.
- A to? – mruknęłam, wskazując głową na zabandażowaną część ciała. – To nic, po prostu uderzyłam się, jak w nocy szłam do toalety. – skłamałam gładko. Źle mi było z myślą, że oszukuję najważniejszą osobę w moim życiu, ale nie mogłam powiedzieć jej prawdy. Jak już mówiłam, załamałby się.
- Tak, tak. Trzeba było sobie zapalić światło. – powiedziała, kręcąc głową. Po chwili ciszy zaczęła machać kartką, którą miała w ręce. – Pamiętasz, jak wysłałam skierowanie do tego sanatorium w Zakopanym? Właśnie przyszło mi potwierdzenie, że mogę tam jechać! – już na pierwszy rzut oka było widać, że baba cieszy się na ten wyjazd. I dobrze, powinna trochę odpocząć od Wrocławia. Jest to piękne miast, ale zdecydowanie za dużo w nim zanieczyszczeń.
- To świetnie. – powiedziałam, popijając gorącą kawę.
- Mam do ciebie jedną prośbę. – zaczęła i podrapała się po głowie. – Mogłabyś mnie tam zawieść? Wiesz, że nie za bardzo lubię jeździć autobusami i pociągami. – mruknęła.
- Kiedy masz tam być? – zapytałam, a ona już wiedziała, że się zgodzę.
- W przyszły poniedziałek mam się zameldować! – wykrzyknęła radośnie i przytuliła się do mnie z całej siły. Pokiwałam głową.
- Mamy tylko jeden problem. Nie mam czym cię tam zawieść. – powiedziałam. Pokiwała mi palcem wskazującym przed oczami i poszła do salonu. Powędrowałam za nią zdziwiona. Zaczęła grzebać w pudełkach, a po chwili wręczyła mi kluczyki z logiem Volkswagena. Popatrzyłam na nią zdziwiona.
- Miał być prezent na urodziny, ale dostaniesz wcześniej. – powiedziała i uśmiechnięta zaciągnęła mnie do swojego garażu.
    W środku stał czarny samochód marki breloczka przy kluczach. Obeszłam go zdziwiona dookoła. To nowa Jetta. Chciałam taką mieć, ale ten wóz jest strasznie drogi. Popatrzyłam na babcię i pokiwałam z dezaprobatą głową. Ta, jakby domyślając się, o czym myślę, uśmiechnęła się niewinnie, podeszła do mnie, dostałam całusa w policzek i usłyszałam, jak życzy mi udanego dnia. Westchnęłam zrezygnowana. Wsiadłam do samochodu i pojechałam w kierunku pracy.
    Dzień w niej mijał mi bardzo szybko. Nie miałam czasu, żeby myśleć o czymkolwiek. Mieliśmy bardzo duży ruch, więc trzeba było robić wszystko to samo, ale dwa razy szybciej. Jednak w końcu moja zmiana się skończyła i stałam przed gabinetem dyrektora. Czułam się nieswojo, ale muszę wziąć wolne, żeby zawiść babcię do Zakopanego. Zapukałam, a po usłyszeniu „proszę” nacisnęłam klamkę i weszłam do środka. Mężczyzna siedział odwrócony tyłem. Chciałam uciec, ale stłumiłam w sobie to uczucie.
- Jacqueline? Coś nie tak w pracy? – zapytał, podnosząc jedną brew ze zdziwienia. Pokiwałam przecząco głową.
- Chciałbym tylko poprosić o jeden dzień wolnego. Wiem, że dopiero rozpoczęłam pracę tutaj, ale muszę zawieść babcię do sanatorium w Zakopanem. – wyjaśniłam szybko. Widziała, że zaczyna się zastanawiać. Modliłam się w duchu, żeby zrozumiał sytuację, w jakiej się znajduję i był wyrozumiałym człowiekiem.
- Będziesz musiała to po prostu odpracować i jeden dzień wziąć dwie zmiany. – mruknął. Uśmiechnęłam się delikatnie.
- Nie ma problemu. – powiedziałam. – Poproszę w poniedziałek. – dodałam, pożegnałam się uprzejmie i wyszłam z pracy.
    Wsiadłam do samochodu i zaczęłam się zastanawiać, co mam robić przez resztę dnia? Pamela poszła z Natalią do lekarza na wizytę kontrolną, a nikogo innego z Wrocławia nie znam, bo wszyscy się gdzieś porozjeżdżali. Wpadłam na genialny pomysł. Wyszłam z samochodu, wzięłam torebkę, zamknęłam pojazd i ruszyłam w kierunku lodziarni z mojego dzieciństwa. Miałam nadzieję, że dalej tam będzie.
   Była. Zamówiłam porcję lodów i rozsiadłam się przy jednym ze stolików. W telewizji, która zawisła na jednej ze ścian, miał właśnie rozpocząć się wywiad z jakąś „gwiazdą piłkarską”. Kiedy zobaczyłam, kto nią jest zadławiłam się pita colą. Karim Benzema. We własnej osobie.
   Minęło piętnaście minut od rozpoczęcia rozmowy piłkarz z dziennikarzem, a ja z całej siły starałam się nie zwracać uwagi na to, co wygaduje ten, pożal się Boże, chłoptaś. Tak, tak właśnie o nim myślę. Jest arnym piłkarzyną, który po prostu miał szczęście i dostał się do lepszego klubu. Jednak, kiedy usłyszałam ostatnie pytanie, od rzuciłam na stolik zapłatę za lody i opuściłam lokal.
- Dobrze. Dziękuję c za cały wywiad, ale mam do ciebie jeszcze jedno pytanie. Wszyscy wiemy, że miałeś kilkuletnią narzeczoną. Co się stało, że nie widujemy was ostatnio?
- Tak, znaliśmy się z Jacqueline od małego. Zawsze wszędzie razem chodziliśmy. Jednak po przeprowadzce do Madrytu coś się zepsuło. Jacqueline zaczęła mnie zdradzać. Doszedłem do wniosku, że nie ma sensu ciągnąć tego dalej i zakończyłem nasz związek.
     Jak on w ogóle mógł?! Zrobił ze mnie dziwkę na oczach kilku milionów ludzi z całego świata! Czy aż taką przyjemność sprawia mu wyniszczanie mnie?! Szłam przed siebie, nie patrząc na otaczający mnie świat. Po moich policzka spływały gorzkie łzy, które raz po raz starałam się przełykać. Jednak w końcu poczułam, jak się od kogoś odbijam i ledwo utrzymuję się na nogach. Podniosłam załzawione spojrzenie.
    Ujrzałam wysokiego chłopaka o blond włosach. Miał na sobie elegancki płaszcz i jeansowe spodnie. Wyglądał, jakby był zamyślony. Ale, kiedy dotarło do niego, że się z kimś zderzył, wróciła do niego świadomość.
- Przepraszam. – mruknął i uśmiechnął się lekko, a jego niebieskie oczy opuściła mgła nieobecności. Odwzajemniłam uśmiech.
- Ja również przepraszam. – powiedziałam i tak naprawdę nie wiedziałam, co dalej.
- Zły dzień? – zapytał po chwili.
- Kolejny od kilku tygodni. – wymamrotałam pod nosem.
- Nie jesteś sama. – zaśmiał się. Poczułam wibracje w kieszeni. – Widzę, że cię namierzają. No nic. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś na siebie wpadniemy.
- Poczekaj. – powiedziałam, kiedy miał już iść dalej. Czułam, że dobrze robię. Zaczęłam grzebać w torebce, by wyjąć z niej długopis i kartkę. Naskrobałam na niej kilka cyfr i podałam nieznajomemu. – Napisz, jak będziesz chciał poużalać się nad sobą w czyimś towarzystwie. – dodałam i ruszyłam przed siebie.
    Wyjęłam telefon z kieszeni i popatrzyłam na wyświetlacz. Noela. Nie mam siły teraz z nikim rozmawiać. Wsiadłam do samochodu i odpaliłam silnik po czym ruszyłam do domu. Po drodze zastanawiałam się, jak on tak może. Przecież ja nie byłam niczemu winna. Uznałam, że i tak tego nie zrozumiem, ale moje myśli mimo wszystko nie chciały wyrzucić tego z siebie.

    Gdy wreszcie przyjechałam na miejsce od razu poszłam do swojego pokoju. Zadzwoniłam do Noe. Mimo wszystko muszę z kimś porozmawiać. 
_________________________________
Cześć wam wszystkim c:
Publikuję, jak widać, nowy rozdział.
Dwie i pół strony w Wordzie. Mało? Owszem, ale nic więcej nie udało mi się napisać. Przepraszam.
Mam nadzieję, że mimo wszystko nie jesteście obrażeni. 
Jeszcze raz przepraszam ;c

środa, 4 grudnia 2013

Partie Deuxième: "I tak cię kocham, zołzo."

"Każdy chce mieć przyjaciela, 
lecz nie każdy się wysila, by nim być."
~Alphonse Karr

   Minął tydzień, odkąd przyjechałam do mojej babci. Oczywiście przyjęła mnie z otwartymi ramionami, nawet nie pytając mnie o powód przeprowadzki. I to właśnie w niej kocham. Zawsze mogłam przyjść do niej zapłakana, a ona czekała, aż sama zdecyduję się opowiedzieć o ty, co się stało. Jest najlepszą babcią na świecie.
    Idę właśnie na spotkanie, w sprawie pracy. Nie mogę przecież aż tak obciążać baby. To nie byłoby fair wobec niej. Otworzyłam szklane drzwi Hotelu The Granary. Od razu poraził mnie ogrom holu. Cały był w białej tonacji, a wszystko błyszczało. Podeszłam do recepcji, gdzie stała wysoka blondynka z uśmiechem na ustach. Powiedziałam jej, po co przyszłam, a ona od razu skierowała mnie do szefa. Nie zwlekając, udałam się we wskazane miejsce. Zapukałam do ciemnych drzwi, a po usłyszeniu „proszę” weszłam do środka. Za biurkiem siedział siwiejący mężczyzna w garniturze. Od razu można było poznać, że to dyrektor.
- Dzień dobry. Nazywam się Jacqueline Renan i chciałabym złożyć u pana podanie o pracę. – powiedziałam i usiadłam na fotelu, tak jak nakazał mi to gestem ręki. Podałam mu teczkę z moimi dokumentami. Zaczął ją przeglądać, a z jego twarzy nie można było nic wyczytać. Przygryzłam wargę ze denerwowania.
- Tutaj jest napisane, że mówisz biegle po francusku, hiszpańsku i angielsku. Skąd tyle języków? – zapytał, a ja wciągnęłam pełne płuca powietrza, po czym wypuściłam je ze świstem.
- Urodziłam się we Francji, angielskiego nauczyłam się na studiach, a przez ostatnie trzy lata mieszkałam w Hiszpanii. – wyjaśniłam starając się, żeby mój głos nie drżał. Mężczyzna znów się zamyślił.
- Czy na początek pensja dwa i pół tysiąca ci wystarczy? – z mojego serca jakby spadł kamień.
- Tak, oczywiście. – odpowiedziałam, gorliwie kiwając głową.
- No to, do zobaczenia jutro o godzinie siódmej. Twój strój służbowy, to czarny dół i biała góra. Dziewczyny wytłumaczą ci, o co chodzi. – powiedział.
     Kiedy wyszłam już przed budynek, mało nie zaczęłam skakać ze szczęścia. Wreszcie coś poszło po mojej myśli! Szczęśliwa udałam się do galerii, żeby zjeść coś na obiad. Moja babcia poszła dziś do swojej sąsiadki, więc pewnie nie wróci tak szybko. Weszłam do KFC i zamówiłam sobie coś do jedzenia. Zazwyczaj nie jadam w takich sieciówkach, ale dziś już mi się nie chce nic gotować.
    Jadłam tak sobie skrzydełka i wyjrzałam przez okno. Na jednej z witryn widniała wielka reklama Mistrzostw Świata 2014. Karim był wśród kilku piłkarzy. W moich oczach od razu stanęły łzy. Nie, nie, nie! Przyleciałam do Polski po to, żeby zapomnieć! Nie mogę płakać!
     Po skończeniu jedzenie postanowiłam, że odnowię kontakty z jedną z dawnych przyjaciółek, które poznałam we Wrocławiu. Mam nadzieję, że mieszka tam, gdzie wcześniej. Wsiadłam w tramwaj, na który czekałam i po kilku minutach byłam już na jej ulicy. Weszłam na trzecie piętro jednego z odnowionych bloków i zapukałam niepewnie do drzwi. Otworzyła mi mała dziewczynka z blond kucyczkami. Speszyłam się na moment, ale odezwałam się do niej, tłumiąc w sobie nagłą chęć ucieczki.
- Jest mama? – zapytałam niepewnie. Blondynka pokiwała głową i pobiegła do środka. Nie musiałam czekać, a w drzwiach stanęła czarnowłosa dziewczyna, przyjaciółka z czasów dzieciństwa. Uśmiechnęłam się do niej. Widziałam, że próbuje sobie mnie przypomnieć. Po chwili na jej ustach wyrósł wielki uśmiech i w następnym momencie czułam na sobie jej ciężar.
- Jacqueline ! – krzyknęła mi prosto do ucha, na co ja tylko się zaśmiałam.
- Spokojnie, bo mnie udusisz, wariatko! – zaśmiałam się, próbując złapać oddech. Tak, to cała Pamela. Pamiętam nas, jako małe dziewczynki, kiedy jeszcze nie za dobrze umiałam mówić po polsku. Ta zołza zawsze się ze mnie śmiała.
    Moje wspomnienia przerwała brunetka. Z zaciętą miną odsunęła mnie od siebie na długość rąk. Zaczęła mi się dokładnie przyglądać, a kiedy zlustrował mnie już od góry do dołu przystanęła na twarzy, gdzie błąkał się delikatny uśmiech. Po chwili i na jej usta wpłynął grymas szczęścia.
- Tęskniłam debilko! Czemu się nie odzywałaś?! – zapytała z wyrzutem, a mnie zrobiło się strasznie głupio.
- Przepraszam Pam, nie wiem. Chyba po prostu okazałam się beznadziejną przyjaciółką. – powiedziałam spuszczając głowę. Matko, jaka ja jestem głupia! Przychodzę tu po kilku latach i liczę na to, że rzuci mi się w ramiona?! Nie dane mi było nad tym długo myśleć, ponieważ poczułam, jak zielonooka przytula się do mnie, tym razem delikatniej.
- I tak cię kocham, zołzo. Wchodź do środka, pogadamy. – nie dane mi było nic odpowiedzieć, ponieważ brunetka wciągnęła mnie do środka mieszkania i już po chwili siedziałam na dużej, białej kanapie.
     Cały jej salon był urządzony w jasnych barwach. Pod ścianą stała kanapa, na której aktualnie się znajduję, a naprzeciwko plazmowy telewizor, powieszony na ścianie. Pomiędzy postawiono szklany stolik o prostokątnym blacie. Wydawało się, że był popękany. Na parapetach Pamela postawiła całkiem spora ilość kolorowych kwiatów. Ściany pomalowane jasnożółtą farbą zostały ozdobione przez obrazy i duże, balkonowe okno. Nie było zasłon, tylko białe firanki i rolety. Po chwili do pomieszczenia weszła czarnowłosa z dwiema szklankami napojów.
- No, to opowiadaj, co się tam u ciebie ostatnio działo. – zaczęła dziewczyna, a ja lekko się spięłam. Nie chciałam jej opowiadać o Karim ‘ie, bo to bardzo bolało. Chyba wyczuła, że nie czuję się najlepiej. – Oczywiście możesz pominąć kilka faktów, o których i tak już wiem z prasy, ale nie za dużo. – dodała. Posłałam jej dziękujący uśmiech, a w duchu zapamiętałam, żeby sprawdzić wszystkie kolorowe pismaki.
- Całkiem w porządku. – powiedziałam, lekko się uśmiechając. – Jak wiesz z Francji przeprowadziłam się do Hiszpanii, gdzie mieszkałam kilka lat, a teraz postanowiłam odwiedzić Polskę i chyba zatrzymam się tu na dłużej.
- To w Hiszpanii nauczyłaś się chodzić w sukienkach? – jak widać Pamela była bardzo rozbawiona moim widokiem we wcześniej wspomnianym stroju. No cóż, nie dziwię jej się. Całe życie twierdziłam, że nie założę na siebie nigdy kiecki, jeżeli nie będzie to potrzebne. – Nie martw się, nikomu nie powiem. – zażartowała.
- Lepiej mów, co u ciebie, jak widzę musiałaś zmienić stan cywilny. – mruknęłam, usiłując zmienić temat. Pam pokiwała z dezaprobatą głową.
- Nie, nie zmieniłam stanu cywilnego, ale jestem zaręczona. – powiedziała, pokazując mi serdeczny palec prawej ręki. – Natala, chodź do mamy! – zawołała, jak mniemam, blondyneczkę, którą widziałam pod drzwiami.
       Teraz mogłam przyjrzeć jej się z bliska. Miała na sobie ciemnoniebieskie, dżinsowe spodnie, białą koszulkę z nadrukiem i na to rozpinaną, niebieską bluzę. Stopy włożyła w puchate, różowe kapcie. Dwa, wysoko zaplecione kucyki podskakiwały wesoło z każdym jej ruchem. Wdrapała się na kolana Pameli. Były niemalże identyczne, różnił je tylko kolor włosów i oczu. Pam miała zielone, a jej córka niebieskie.
- To ciocia Jacqueline. – powiedziała wskazując na mnie głową. Błękitne oczy dziewczynki wlepiły we mnie swoje spojrzenie, a ja poczułam ukłucie zazdrości gdzieś w środku. Też chciałabym mieć dziecko, ale chłopczyka… Przeszło mi przez myśl. Potrząsnęłam głową, żeby wyrzucić z niej natrętne myśli i uśmiechnęłam się. Dziewczynka zeskoczyła z kolan Pameli i wdrapała się na moje. Popatrzyłam zdziwiona na przyjaciółkę, ale ta tylko wzruszyła ramionami.
- Cześć ciociu. – powiedziała blondyneczka, przytulając się do mojego brzucha. Odwzajemniłam uścisk odruchowo, cały czas pozostając w niemałym szoku.
     Dwie godziny później siedziałam już w tramwaju i wracałam do domu. Byłam zmęczona całym dniem. Umówiłam się z Pamelą, że jutro cały dzień spędzamy w trójkę, z Natalią. Nie wiem, dlaczego, ale dziewczynka bardzo mnie polubiła. To dziwne, zważając na fakt, że dzieci raczej nie pałają do mnie jakąś szczególną miłością.
     Kiedy wreszcie znalazłam się w mieszkaniu, pierwszym co zrobiłam było sprawdzenie, czy moja babcia śpi. Spała. Nie dziwię jej się, w końcu jest dwudziesta pierwsza, a ona chodzi do łóżka raczej wcześnie. Wzięłam do swojego pokoju po piżamę i weszłam do łazienki. Musiałam zmyć z siebie jak najszybciej zmyć z siebie dzisiejszy dzień. Gdy wreszcie to zrobiłam, ubrałam się we wcześniej przygotowany strój i powędrowałam do pokoju.
    Jak byłam już w środku coś tchnęło mnie, żeby przejrzeć małe kieszonki w torebce. Postanowiłam, że tym razem posłucham mojej podświadomości i to był błąd. Po krótkim poszukiwaniu znalazłam łańcuszek, który dostałam od Karim ‘a na pierwszą rocznicę. Czyli zapowiada się kolejna, wspaniała noc z wspomnieniami…
    Rano obudził mnie budzik. Z całej siły próbowałam go zignorować. Nie chciało mi się wstawać. Skutkami nieprzespanej nocy są ból głowy, zapuchnięte czerwone od płaczu oczy i ogólna niechęć do życia. Posiadałam to wszystko. Wygramoliłam się niezgrabnie spod kołdry i powędrowałam niechętnie do szafy. Wyjęłam z niej strój, w którym mam pracować, a mianowicie czarne spodnie, tego samego koloru botki oraz marynarkę, białą koszulę i  torebkę. W końcu tak miałam się ubierać do pracy.
     Siedziałam w restauracji już jakąś godzinę, a Klaudia, dziewczyna która miała mi wszystko pokazać, wydała się bardzo przyjazna. Odpowiadała na każde pytanie. Teraz nadszedł czas na mój debiut. Trochę się boję, bo dawno nie miałam tacy w rękach, więc mogę mieć małe problemy z utrzymaniem równowagi. Okazało się, że moje obawy były bezpodstawne, ponieważ radziłam sobie doskonale. Czyli jednak moja nauczycielka miała rację, mówiąc To jak z jazdą na rowerze. Jeżeli raz się tego nauczysz, to nigdy nie zapomnisz.
    O godzinie osiemnastej skończyłam pracę. Było lepiej, niż mogłoby mi się wydawać. Wsiadłam w tramwaj i wróciłam do domu. Teraz muszę przygotować się na spotkanie z Pamelą i jej córką. Kiedy miałam już wchodzić za furtkę, witryny naprzeciw przyciągnęły moją uwagę. A dokładniej jedna. Sklep z zabawkami. Bez większego namysłu kupiłam w nim zabawkę dla Natalki.
    Kiedy wyszłam już z wanny po relaksacyjne kąpieli przyszedł czas na wybranie stroju. Przyszło mi na myśl, żeby wrócić do dawnego stylu. Tego, jaki miałam, zanim poznałam Karim ‘a. Przecież zawsze było mi wygodnie, a i nie wyglądałam najgorzej. Postanowiłam zaryzykować. Wyjęłam lekko poszarpane spodnie, szarą bokserkę, szarą bluzę z Myszką Miki i czarne Converse. Po dłuższych oględzinach szafy dobrałam jeszcze czarną czapkę z ćwiekami oraz skórzaną kurtkę. O tak, stara Jacqueline zdecydowanie musi wrócić. Nie ta uprzejma, grzeczna i poukładana, ale szalona, wolna i odważna. Ta, którą zgubiłam gdzieś dawno temu.
     Weszłam do kuchni, gdzie babcia szykowała obiad. Nie mogłam jej odmówić, bo po pierwsze jestem jej wdzięczna za to, że mnie przygarnęła, a po drugie kocham jej obiadki. Tym razem przyrządziła coś, czego nie jadłam już dawno temu, a kocham – ruskie pierogi.
     Podczas obiadu rozmawiałyśmy wesoło. O tym, jak jej się tutaj w Polsce żyje, jak u jej koleżanki. Widziałam, że pomija temat mój i napastnika, za co byłam jej niezmiernie wdzięczna. Jakieś piętnaście minut temu postanowiłam przywrócić swoje życie, kiedy byłam wiecznie wesoła, więc muszę o nim zapomnieć. Nie będzie to łatwe, ale ja się nie poddam.

Karim, Madryt
        Kiedy wróciłem dzisiaj po treningu do domu, przyłapałem się na tym, że od drzwi wołałem Jacqueline. Na początku byłem zdziwiony, że nie odpowiada, ale rzeczywistość uderzyła we mnie dosyć szybko. Nie przejmuję się tym. Chciała, wybrała i nic mi do tego. Może się nie starałem za bardzo, ale nie musiała od razu ode mnie uciekać. Wystarczyło tylko szczerze porozmawiać i tyle. Ja naprawdę nie rozumiem kobiet. Robią wielką aferę z niczego. No, ale cóż … Już taki ich urok.
       Szkoda tylko, że Fabio się do mnie nie odzywa. Pewnie Jacqueline nagadała coś Noeli, a ona powtórzyła to jemu i teraz to ja wyszedłem na tego złego. Przejdzie mu szybciej, niż przyszło. To tylko kwestia czasu.
        Podniosłem się leniwie z kanapy i wyłączyłem telewizor. Chyba pora coś ze sobą zrobić. Odkąd wróciłem z treningu tyko gapię się w to pudło, a przecież nie na samym Coentrao kończą się moi znajomi. Zaraz zadzwonię na przykład do Raphael ‘a i pojedziemy na jakąś imprezę.
DO: RAPHAEL
Impreza?
Nie musiałem długo czekać na wiadomość od obrońcy.
OD: RAPHAEL
Powiedz tylko kiedy i gdzie.
I właśnie takie podejście mi pasuje. Żadnych narzekań na to, że jestem nieodpowiedzialny, chamski, bezduszny i bla, bla, bla.
DO: RAPHAEL
Przyjadę po ciebie za trzy godziny.
        Nie sprawdzałem już, czy przyszło coś nowego, tylko powędrowałem pod prysznic. Podczas, gdy woda przyjemnie chłodziła moje ciało mnie naszła pewna myśl. Dlaczego Fabio aż tak się wściekł? Przecież to nie moja sprawa, że Jacqueline mnie zostawiła. Ja nie byłem niczemu winny. Chciała, wybrała i tyle. Muszę z nim pogadać, jak najszybciej. Zastanawia mnie jeszcze jedno. Dlaczego Ramos nie trzyma jego strony, tylko normalnie ze mną rozmawia, skoro jestem taki zły i niedobry. Może Sandra mu jeszcze nie powiedziała? Jedyna mądra z całego tego towarzystwa.
     Jadę właśnie pod dom Raphael ‘a. Nie wiem dlaczego, ale nie chce mi się już iść na żadną imprezę. Chyba to dlatego, że za dużo myślę. No nic. Obiecałem młodemu, to pójdę i to tylko dlatego.
    Zaparkowałem na podjeździe i zatrąbiłem. Na mojego rodaka nie musiałem długo czekać, bo już po chwili widziałem go w drzwiach wejściowych. Wsiadł do samochodu i pojechaliśmy do klubu. W ostatnim momencie zmieniłem zdanie i skręciłem do mniej znanego, gdzie jest mniej ludzi. Jakoś nie mam ochoty na wygłodniałe hieny.
     Weszliśmy do klubu i od razu uderzyła w nas woń mocnego alkoholu, pomieszana z dymem tytoniowym. Zemdliło mnie lekko, ale spróbowałem nie zwracać na to uwagi, co nie było wcale takie łatwe. Muzyka dudniła z głośników, a ja już wiedziałem, że to będzie cudowny wieczór…

Jacqueline, Wrocław
       Wysiadłam pod klatką Pameli i udałam się do niej. Poprosiła mnie, żebym weszła do środka, bo musi ubrać jeszcze Natalię. Weszłam do salonu i usiadłam na tej samej kanapie, co wczoraj. Słyszałam, jak Pam kłóci się z Natalią o to, że nie ubierze się tak, jak ona  chce, tylko po swojemu. Niewiele myśląc poszłam na miejsce „bitwy”. Od razu zaczęłam się śmiać. Czarnowłosa miała w rękach różowa spódniczkę, a mała stała na łóżku i broniła się, jak tylko mogła, żeby jej nie ubierać.
- Nieee !!! – wykrzyczała blondyneczka i schowała się za moimi nogami. Popatrzyłam rozbawiona na podirytowaną Pamelę.

- Dlaczego tak bardzo ci zależy na tym, żeby założyła akurat to na siebie założyła? – zapytałam z wrednym uśmiechem. Przyjaciółka zmroziła mnie wzrokiem. Zapowiada się ciekawy dzień … 

_____________________________________

No witam wszystkich ;)
Rozdział nie na weekendzie, bo nie miałam kiedy dodać ...
Nie wiem również, czy w przyszłym tygodniu pojawi się coś przed czwartkiem, bo od wtorku do czwartku piszę egzaminy próbne ... Jestem co najmniej przerażona, ale można powiedzieć, że jest ok xd
Pozdrawiam, do napisania, 
CrazyGirl ;)


Ubranie Jacqueline - praca.

Ubranie Jacqueline - spotkanie z Pamelą i Natalią.